Jak to było? – w wielkim skrócie od samego początku :)

Jak to było? – w wielkim skrócie od samego początku :)

Jeśli mam zacząć od samego początku to muszę cofnąć się do roku, w którym miałam 12 lat. Okres ten był wyjątkowo ciężkim dla mnie czasem. Zbiegł się z momentem kiedy organizm dziewczynki zaczyna dojrzewać i zaczynaja pojawiać się pewne zmiany- zarówno w fizjologii jak i anatomii. Od dziecka byłam okrąglutka na twarzy, ale zawsze jakoś mieściłam się w normach dla danego wieku. Aż do 12stego roku życia, kiedy moje ciało  zaczęło przybierać trochę inne kształty niż powinno. Tutaj jeszcze wspomnę, że od samego dzieciństwa związana byłam z tańcem. Początkowo hobbystycznie, później wyczynowo. Trenowałam codziennie, różnie bywało z czasem- raz po kilka godzin, w ferie lub wakacje prawie non stop – od rana do wieczora.

W (…) roku wystartowaliśmy z formacja taneczną na Mistrzostwach Polski zdobywając drugie miejsce. Po tym sukcesie rozpoczęłam taniec indywidualny aż do 13stego roku życia, kiedy już faktycznie nie miałam kontroli nad własnym organizmem.
Trzymając dietę, uprawiając sport, moje ciało zaczęło się powiększać. Nie w mięśniach, a w tkance tłuszczowej. Rodzice interweniowali, jeździli ze mną do różnych lekarzy, dietetyków, największych autorytetow w Polsce w dziedzinie medycyny. Niestety nic nie pomagało. Wachlarz specjalistów, z jakimi miałam przyjemność jest baaardzo szeroki. Zaczynajac od lekarzy medycyny konwencjonalnej przez zielarzy a kończąc na Tybetańczykach (specjalistach medycyny chińskiej). Dziś przeglądając różne dokumenty z tych wizyt, czytając zalecenia, jakie otrzymywałam, łapie się za głowę z niedowierzania. Ale teraz nie o tym…
Skutki tych terapii były różne- w najlepszym wypadku po prostu nie było efektów, a w najgorszym- przybieranie  na wadze  nasilało się jeszcze bardziej. Gdzieś w między tymi terapiami przeplatało się stosowanie przeróżnych diet- kombinowałem jak mogłam. Wypróbowałam chyba wszystkie możliwe 😂 oprócz  diety dukana (na moje szczęście). Dietę a’lla dukana – wysokobiałkowa  saszetkowa ( teraz już chyba wycofana) również sprawdziłam na własnej skórze. To właśnie długofalowe skutki po jej stosowaniu spowodowały, ze czerwona lampka zaświeciła mi sie w głowie i nie zdecydowałam się na wówczas tak bardzo popularną dietę dukana. No wiec podsumowując.. przeszłam przeróżne metody i sposoby żywienia. Wszystko na nic.  Oczywiście rownolegle z tym uprawiałam sport. Z tańcem musiałam skończyć, bo tancerka z dodatkowymi kilogramami nie była miłe widziana. Opisuje tutaj tak w skrócie wszystko co działo się przez tak długi okres czasu, ale skupiam się mocno na próbach, jakie wykonywałam by wreszcie schudnąć. Nie wspominam o tym, co działo się w mojej głowie, jak mocno odznaczył się ten okres w mojej psychice. Chyba nie muszę tłumaczyć, że czułam ogromna presję z każdej strony. Moja sylwetka nie była akceptowana. Akcentowano to na każdym roku. Podpadłam w wielkie kompleksy, czułam się gorsza, inna. Najgorsze było to, że nic nie zależało ode mnie. Co bym nie zrobiła, było albo gorzej albo nic się nie zmieniało. Rozumiecie tą bezsilność? Dziś patrzę na to trochę inaczej. Widzę jak dużo mnie to nauczyło. Jak bardzo wzrosła moja silna wola, motywacja. Rozumiem tez dlaczego mnie to spotkało. Dla 13letniej dziewczynki jednak nie było to takie oczywiste. Nie to jednak było najgorsze. Ciało ciałem, ale  skończenie z tańcem to rzecz, która przeżyłam najbardziej. Wtedy właśnie przyszedł okres bezsilności.. rzuciłam to leczenie i te wszystkie bezsensowne diety. Zaprzestałam tez ćwiczyć. Moje ciało szybciutko obrosło w tkankę tłuszczową. Ważyłam już 80 kg przy 158 cm wzrostu. Chyba nie muszę już tego bardziej opisywać. Liczby mówią same za siebie. Jadłam to, na co miałam ochotę. Poczułam się wreszcie wolna. Gruba, nieszczęśliwa, zakompleksiona, ale WOLNA. Rozumiecie to? Wolna. Myśle, ze większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z prawdziwego znaczenia tego słowa. Nie docenia tego na co dzień. Dla mnie taka swoboda była czymś tak bardzo cennym. Trwało to trochę czasu. Przyszedł wreszcie taki dzień, w którym usiadłam  i pomyślałam sobie „koniec z tym”. Poprosiłam tatę o zapisanie mnie na siłownie. Miałam treningi z trenerem personalnym i równocześnie przypadkowo trafiłam do osoby, która hobbystycznie zajmowała się naturopatią. To było przełomowe wydarzenie w moim życiu. Po wykryciu pewnych obciążeń (o których się głośno nie mówi) schudłam 20 kg. Nie w to mogłam uwierzyć. Spadające kilogramy bardzo mnie motywowały do dalszej pracy. W końcowym momencie ważyłam 46 kg . Byłam niezłą chudzinką z widocznymi żebrami. Tak bardzo chciałam wszystkim udowodnić, ze mogę, że potrafię, że nie jestem leniwa.. no i troszkę się zapędziłam w tym odchudzaniu. Ewidentnie czynniki psychiczne były tutaj przyczyną. Straciłam miesiączkę na 2 lata, włosy wychodziły mi garściami, skóra wysuszała się do takiego stopnia, ze tworzyły mi się rany. Ale wiecie co? Na początku byłam nawet z tego dumna. Wiem, ze niszczyłam swój organizm, ale przecież byłam chuda. O to mi chodziło. Czego ja mogłam chcieć więcej? Sylwetka była dla mnie nad zdrowiem. Pojawiały się tez wyrzuty sumienia po zjedzeniu i ograniczanie maksymalnie kalorycznego  tłuszczu. Węglowodanów  w mojej diecie było tyle, co kot napłakał. Nic dziwnego więc, ze organizm zaczął się buntować. W przeciągu 2 miesięcy przytyłam 20 kg. Czynniki, które mogły się do tego przyczynić były 3:
1. Wielki strach przed przytyciem
2. Zbytnie  restrykcje kaloryczne
3. Terapia częstotliwościami na estrogen ( które dostałam od lekarza)
Do tej pory mogę jedynie gdybać nad prawdziwa przyczyną mojego nagłego przytycia. Najważniejszą kwestią było wtedy pozbycie się tych kilogramów. Tutaj powinnam rozwinąć kolejny wątek przytaczając masę metod i diet, których próbowałam. Jednak uważam to za stratę czasu, ponieważ rzadka z nich nie była godna polecenia. Po 1,5 roku udało mi się zrzucić 10 kg, ale w bardzo szybkim czasie przytyłam kolejne 8. I tak funkcjonowałam do czasu jednoznacznego wykrycia schorzenia, o którym zamierzam szerzej napisać w innych postach. To rozległy temat, któremu trzeba poświecić troszkę więcej uwagi niż lekkie wtrącenie w tym długim tekście. Myśle, ze wiele osób boryka się z tym schorzeniem. Niestety niewiele się o nim mówi i rzadko diagnozuje. Po wprowadzeniu dość rygorystycznej diety udało mi się zrzucić 4 kg i tak zostało do dziś.
Oprócz tego sprawą bardziej niż oczywistą okazała się utajona niedoczynnosc tarczycy, z którą teraz zamierzam powalczyć. Wierzę, że to już końcowa prosta.. że jestem o krok od rozwiązania całej mojej zagadki. Po tych wszystkich doświadczeniach nasuwa mi się jeden wniosek. Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wiele osób zmaga się z podobnymi problemami nie mając pojęcia o zaburzeniach, jakie u nich występują. Nieustanne odchudzanie w niczym nie pomaga. Kluczem w takiej sytuacji jest trafna diagnoza, odpowiednie żywienie i podejście do problemu. Wbrew pozorom to nie takie proste.. Tym właśnie zajmuje się dietetyka kliniczna- tak w wielkim skrócie 🙂
Poniżej wrzucam kilka z zdjęć z różnych okresów w moim życiu 🙂